Po kolejnym tygodniu

Ból w pachwinie zniknął. Wielki siniec, który ostatecznie sięgnął od pachwiny aż do kostki stawu skokowego prawie zniknął, tylko miejscami są jeszcze brudno żółte plamy. Zakres ruchu mojej prawej kończyny nie jest jednak pełny, tak jak przed kontuzją, ale poruszam się z łatwością i bez ograniczeń. Aktualne leczenie, oparte o nagrzewanie nogi lampą sollux, wcieranie maści z arniką (heparyna już odstawiona) oraz terapię laserową, przyniosło pozytywne rezultaty. Jednak na jazdę konną jest wciąż za wcześnie.

Impi, od minionego wtorku pracuje na lonży. Oczywiście lonżuję ją na wypinaczach, skracając je w trakcie pracy. Działa to całkiem dobrze, poza pierwszym dniem, gdy Impi była pobudzona, klacz chodzi każdym chodem spokojnie, rytmicznie i chętnie wykonuje polecenia, w tym komendy wydawane głosem. Przejścia także wychodzą dobrze niezależnie od strony, na którą idzie klacz. Wczoraj urządziłem jej skoki w korytarzu. Zaczynając od drągów leżących na podłożu, aż po końcowy szereg złożony z czterech przeszkód skok-wyskok (koperty 80 cm i stacjonata 90 cm, ustawione co 3m) z odległością 7,2 m do stacjonaty o wysokości 125 cm i po 7,5 m do dubelbara o wysokości 125 na 130 cm, o szerokości 120 cm. Impi żując wędzidło, skakała czysto, chętnie, z łatwością i nienaganną techniką. Do tego bez wahania i konieczności jakiegokolwiek popędzania. Hm, gdyby tak skakała ze mną na grzbiecie byłbym szczęśliwy. Dwa zdjęcia, marnej jakości z systemu monitorującego, ze skoków nad końcową stacjonatą i dubelbarem są w galerii Impi.